Jakiś czas temu natrafiłam w sieci na tłumaczenie książki szwedzkiej autorki. A że byłam na fali rozprawiania się z buntem dwulatka szukałam informacji, jak wesprzeć dziecko w tym czasie i jak samemu nie zwariować. Książek psychologicznych przeczytałam już dziesiątki, ale książka na temat szwedzkiego sposobu wychowania? To coś nowego. Kupiłam.
Choć „Nie ma złej pogody na spacer” jest trochę o czymś innym niż zakładałam (recepty na bunt dwulatka w niej raczej nie znalazłam) to okazała się być świetnym kompendium odpuszczania. Sobie i dziecku.
Życie rodzica w dzisiejszych czasach jest trudne. Jest co prawda wiele możliwości, dużo przydatnych gadżetów itd., ale osobiście od narodzin dzieci towarzyszy mi nieustanne poczucie presji, żeby jak najlepiej wspomóc dzieci w ich dorastaniu. Brzmi znajomo? Dookoła otaczają nas eksperci, reklamy, zabawki wspierające rozwój dziecka. Zadbaj o jego przyszłość już dziś! Przedszkola Montessori, zabawki edukacyjne, stymulujące rozwój, najlepsze i oczywiście najdroższe – ale przecież warto! Już od przedszkola piłka nożna, angielski, zajęcia muzyczne – żeby maluch miał dobry start. Twoje dziecko jeszcze nie czyta i nie pisze? A fe! Moje czytało w dwóch językach już w wieku 5 lat! Ten wyścig szczurów towarzyszy chyba każdemu rodzicowi, a ilość zajęć dodatkowych, zagranicznych wyjazdów i przeładowany plan zajęć raczej ma świadczyć o dorosłych, nie o dzieciach.
I tu wkracza ona. Linda Åkeson McGurk i jej książka ”Nie ma złej pogody na spacer. Tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci”. Autorka opisuje wpływ szwedzkiego sposobu wychowania na rozwój i zachowanie jej dzieci podczas półrocznego pobytu w Szwecji (sama jest Szwedką, ale wyemigrowała przed wieloma latami do USA). To, że szwedzkie dzieci sa jednymi z najszczęśliwszych na świecie wie już prawie każdy, ale w sumie to dlaczego tak jest? Co za tym stoi? Przede wszystkim friluftsliv. Friluftsliv to szwedzki styl życia blisko przyrody, aktywny (bądź nie) wypoczynek na łonie natury. Nie jest straszna niepogoda – deszcz, śnieg, wiatr to nie problem (oczywiście w granicach bezpieczeństwa). „Det finns inget dåligt väder bara dåliga kläder” (Nie ma złej pogody, są tylko źle dobrane ubrania) – głosi szwedzkie przysłowie. Każda okazja jest dobra do spędzenia czasu na świeżym powietrzu, to dlatego tak chętnie organizuje się przyjęcia w ogrodzie (to, co zdecydowanie najbardziej spodobało mi się w książce to pomysł zimowych przyjęć urodzinowych dla dzieci, np. saneczkowych), pikniki, a wczesną wiosną, a czasem nawet zimą, gdy świeci słońce trudno jest znaleźć wolne miejsce w kawiarnianym ogródku. Noworodki i niemowlęta sypiają w wózkach przed domem czy sklepem, a każdą szkolną przerwę spędza się na boisku szkolnym.
Dużą popularnością cieszą się w Szwecji przedszkola leśne – placówki, w których dzieci spędzają praktycznie cały czas na powietrzu, często w lesie. Do budynku wchodzą jedynie przy pogodzie zagrażającej zdrowiu i życiu lub gdy dzieci przemokną (ale tylko po to, by się osuszyć i przebrać😉). Zabawa, przygotowanie posiłków i ich spożycie, wszystko odbywa się na powietrzu. Ale nawet w przedszkolach i żłobkach nie ulega się presji rodziców (tacy w Szwecji też istnieją, ale stanowią dużą mniejszość), by podczas deszczu czy mżawki zostać w budynku. Już widzę to rozwiązanie w Polsce😊 Wielu rodziców denerwuje się już gdy przedszkolanki uchylą okno, by wpuścić trochę świeżego powietrza.
Tymczasem w Szwecji często odpuszcza się zajęcia dydaktyczne w niższych klasach na rzecz zabawy na powietrzu. Wiele lekcji przenosi się na boisko szkolne gdzie dzieci mogą uczyć się przez zabawę, tam to aktywność fizyczna jest nośnikiem nauki. Dzieci zbierają patyki by je zmierzyć i policzyć, szukają robaków, żab. Wszystko w oparciu o ekologię oraz szacunek do przyrody, o którą się dba, nie niszczy. Za wspaniały wynalazek uważam tzw. szkoły leśne czyli wydzielone fragmenty lasów, z których na mocy umów między organizacjami czy prywatnymi właścicielami pedagodzy i nauczyciele prowadzą zajęcia dla dzieci i młodzieży. Mają wówczas możliwość budowania szałasów, wytyczania szlaków, przygotowania miejsc pod ogniska, a czasem nawet ścinania drzew. Taka nauka przez zabawę i praktykę. Pierwsza szkoła leśna powstała w latach 80-tych, a obecnie jest ich ponad 1000.
Podstawą w wychowaniu szkolnym i przedszkolnym dzieci jest zabawa oraz wiara w dziecięcą ciekawość i pragnienie nauki, a także w to, że przeładowanie nauką często przynosi odwrotne skutki. Zostało to też ujęte w odgórnym programie szwedzkich przedszkoli. „Program szwedzkich przedszkoli spisany jest na dwudziestu stronach i skupia się głównie na takich kwestiach, jak wzbudzanie szacunku do ludzi, poszanowanie praw człowieka oraz wartości demokratyczne”.[1] Autorka opisuje badanie przeprowadzone w Nowej Zelandii dot. wpływu wczesnej nauki pisania i czytania wśród dzieci, którego wyniki pokazały, że dzieci, którym pozwolono na naukę czytania i pisania we własnym tempie w wieku 11 lat niczym nie odstawały od grupy dzieci, które naukę rozpoczęły wcześniej, gdy ich mózgi nie byly jeszcze na to gotowe. Co więcej, grupa ta prezentowała większą chęć czytania i pisania oraz lepsze rozumienie tekstu niż grupa dzieci nauczanych zbyt wcześnie. Szwedzi nie czują presji i wręcz sprzeciwiają się zbyt wczesnej nauce. Ich zdaniem zabawa wystarczy do prawidłowego rozwoju, a wręcz jest do niego konieczna. Przeładowany plan zajęć jest rzadkością. Po przedszkolu wiele dzieci odwiedza fritids, coś w rodzaju naszej świetlicy, gdzie dzieci bawią się, wykonują prace z papieru, malują, rysują, słuchają opowiadań i bajek. Po szkole nie ma piłki, angielskiego, muzyki i to wszystko dwa razy w tygodniu. Szwedzki uczeń podstawówki uczęszcza maksymalnie na 1-2 zajęcia pozalekcyjne, a często na żadne. Szwedzkie dziecko musi mieć czas na zabawę.
Szwedzi pozwalają dzieciom samodzielnie odkrywać świat. Bieganie boso czy żucie patyków i szyszek to normalka. W mniejszych miejscowościach niech nie zdziwi Was dziecko samotnie jadące na rowerze czy grupa biegających urwisów bez opieki dorosłego. Już 4-letnie dzieci mogą oddalać się od domu o kilkaset metrów, a 8-9-latki odwiedzają przyjaciół mieszkających 2 km od domu czy budują bazy w lesie. Oczywiście odbywa się to jak wspomniałam w mniejszych miejscowościach, gdzie zaufanie sąsiedzkie ma się dobrze, ale umówmy się, w Szwecji dużych miast jest jak na lekarstwo😉
Pamiętam ze swojego dzieciństwa, że najlepsze zabawy to zabawy potencjalnie niebezpieczne, ryzykowne, jak chodzenie po dachach niskich budynków czy garaży, wspinanie się na drzewa, zabawa ogniem (choć do tego to raczej się nie paliłam, ale już inne dzieci w moim otoczeniu jak najbardziej). Dorośli naturalnie nie pozwalali na takie rozrywki, robiło się to w tajemnicy😊 Szwedzcy rodzice natomiast wspierają dzieci w takich zabawach. Wychodzą z założenia, że dzieci i tak będą to robiły, lepiej więc nauczyć jak nie zrobić sobie krzywdy. I tak więc szwedzkie dzieci zbierają leśne jagody, chodzą po drzewach, rozpalają ogniska czy rąbią drewno. O dziwo poważne wypadki zdarzają się bardzo rzadko, a odrapania i siniaki to przecież znak rozpoznawczy dzieciństwa. Podobno 30 lat temu przyjaciółka autorki często prowadziła ze swoim bratem motorówkę, a miała wtedy 6 lat (brat 9), ale dla mnie to już jednak trochę hardcore😉
No i dochodzimy do najważniejszej kwestii, czyli brudu! Szwedzkie szczęśliwe dziecko, to brudne dziecko. U nas teoretycznie też wyznaje się tę zasadę, ale jednak nie do końca, nie zabierzemy dziecka w brudnej koszulce do miasta, nie pozwolimy brudnym rączkom zjeść banana, a w ogóle brudzić to się dzieci mogą, ale najlepiej w wannie, żeby można było od razu umyć. Umorusane dzieci biegające po osiedlu, towarzyszące rodzicom na zakupach, rozczochrane i z liśćmi we włosach – to obraz szwedzkiego dzieciństwa.
Szwedzki sposób wychowania dzieci daje rodzicom odetchnąć, zdejmuje odpowiedzialność ciągłego nadzorowania dziecka i kierowania jego życiem. Wręcz uważa to za niepotrzebne i krzywdzące. Nie demonizuje zabawy jako niewystarczającej do prawidłowego rozwoju, pozwala dzieciom być po prostu dziećmi. Stosunek do dzieci opiera się na szacunku i zaufaniu do ich umiejętności. Pozostałym rodzicom (umówmy się, nie tylko polscy rodzice są przewrażliwieni, McGurk przedstawia Amerykanów jako jeszcze bardziej zatroskanych) trudno jest zrozumieć mechanizm i sens niektórych rozwiązań, sama raczej nie wysłałabym dziecka do przydomowego ogródka by się załatwiło na środku trawy (takich ciekawych przykładów jest w książce więcej😉), ale to całe skandynawskie wychowanie najwidoczniej ma sens. Nie bez powodu szwedzkie dzieci uznaje się za jedne z najszczęśliwszych na świecie. To co jednak najważniejsze to to, że ta książka i szwedzki sposób wychowania dzieci blisko natury uspokaja. Uspokaja skołatane rodzicielskie nerwy i utwierdza w przekonaniu, że beztroska zabawa jest okej i wystarczy.
[1] Linda Åkeson McGurk „Nie ma złej pogody na spacer. Tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci”. Wydawnictwo Literackie, 2018. Str. 118
