Skip to content Skip to footer

Jak Szwedzi mówią do siebie? O kontrowersyjnych zmianach językowych i równouprawnieniu

Wielu/Wiele z Was na pewno wie, że Szwedzi wspierają równość pod każdym względem. Taki jest też język: równy, nieprotekcjonalny, nowoczesny, choć nadal trochę zdystanowany. By stworzyć równe warunki dla każdego człowieka, sprawy językowe nierzadko stają się przedmiotem sporów, nawet tych politycznych.
 
Już od wielu, wielu lat w języku szwedzkim praktycznie nie funkcjonują formy grzecznościowe „Pani”, „Pan” „Państwo”. Dawniej by wyrazić szacunek dla osób starszych czy nieznanych używano zaimka grzecznościowego „ni” (odpowiednik polskich form grzecznościowych „Pani”, „Pan” „Państwo”) lub tytułów. Obecnie uznaje się go za przestarzały, sztuczny i wyniosły. Już w XIX wieku dyskutowano o zlikwidowaniu tej staroświeckiej formy, ale dopiero w drugiej połowie XX wieku społeczeństwo było na to gotowe. Duże znaczenie miała urbanizacja na przełomie wieku. Po przeprowadzce do dużych miast Szwedzi najzwyczajniej nie nadążali za wszystkimi zmianami i tytułami swoich sąsiadów, przez co zmuszeni byli znaleźć inny sposób zwracania się do siebie. Najpierw porzucili więc tytuły. Przełomowa okazała się też II WŚ – wielu Szwedów szkolonych do służby spędzało ze sobą mnóstwo czasu o każdej porze dnia i w każdych warunkach, co zbliżyło ich do siebie. Formy grzecznościowe wydawały się więc nienaturalne. Stopniowo na „ty” (szw. du) mówiono też z dowódcami na każdym szczeblu. W latach 60-tych z kolei twórcy reklam zaczęli się zwracać bezpośrednio do swoich odbiorców, chcąc dotrzeć do ich uczuć (by uderzyć do rozsądku odbiorcy, nadal używano „ni”). Ponadto widoczne były różnice między miastem, a wsią. Zrobił się trochę chaos, każdy używał innej, wygodniejszej dla siebie formy. Aż do 1967 roku, gdy oficjalnie wprowadzono „du-reformen”, czyli reformę sugerującą zwracanie się do siebie po imieniu bez względu na wiek, płeć, klasę społeczną czy jakiekolwiek inne relacje.
 
Nie wszyscy obywatele byli zachwyceni. Niektórzy lubili formy grzecznościowe, niektórzy obawiali się, czy nie urażą swojego rozmówcy taką nową bezpośredniością. W efekcie przez jakiś czas unikano obu form, wybierano raczej formy bezosobowe. Obecny trend podążania za „Zachodem”, zwłaszcza Wielką Brytanią i USA, ułatwił sprawę. Wcześniej na siłę próbowano utrzymać formę grzecznościową „ni” usiłując naśladować Niemców (którzy wówczas cieszyli się dużymi wpływami w Szwecji) i ich formę grzecznościową „Sie”, jadnak po II WŚ Niemcy stracili swój prestiż na rzecz Wielkiej Brytanii, gdzie z kolei obowiązywała zasada mówienia po imieniu.
 
Obecnie wszyscy mówią sobie na „ty” oprócz rodziny królewskiej oraz rodów hrabiowskich, choć to również się zmienia. Zdarza się, że reporterzy z rozpędu zwracają się do członka rodziny królewskiej jak do starego znajomego, ale nie stanowi to problemu ani dla książąt, księżczniczek, ani dla króla. Co ciekawe, rodzina królewska otwiera się na bezpośredniość, a część społeczeństwa pragnie powrotu do formy grzecznościowej „ni”. Dla obecnej młodzieży „ni” ma mniej wywyższający się charakter – część z nich chciałaby stosować tę formę w sosunku do osób starszych czy do przełożonych, by wyrazić szacunek. Choć większość społeczeństwa jest zadowolona z obecnego porządku, nie zdziwcie się, że kelner czy recepcjonista w hotelu zwróci się do Was per Pani czy Pan. Formy te straciły swój ubliżający charakter.
 
Innym ciekawym zjawiskiem jest wprowadzenie przez Szwedów zaimka bezosobowego do języka. „Hen” używa się w stosunku do osób transpłciowych, gdy płeć osoby, o której mówimy nie jest istotna lub znana lub gdy dana osoba nie chce się definiować jako mężczyzna lub kobieta. Choć za moment wprowadzenia „hen” do języka uznaje się rok 1966 z początku „hen” wzbudzało wiele kontrowersji i do 2000 roku raczej mało kto go używał. Jeśli już to pojawiał się zazwyczaj na blogach o równouprawnieniu, feminizmie, relacjach. Rozpędu nabrał dopiero w roku 2012 gdy na dobre rozgorzała dyskusja na temat konieczności używania zaimka bezosobowego. Rok później „hen” użyto pierwszy raz w riksdagu, szwedzkim parlamencie (zabraniając jednak stosowania go w oficjalnych listach, pismach i dokumentach, wewnętrznie był z kolei w pełni akceptowany) i jeden mały zaimek stał się kwestią polityczną i kością niezgody. Najbardziej wrogo nastawiona jest oczywiście konserwatywna partia liberałów (liberalerna).
 
Co roku Akademia Szwedzka publikuje listę nowych słów, które weszły do języka szwedzkiego. W 2015 roku zawidniało tam „hen”. Rada Języka Szwedzkiego Språkrådet uznała, że nie ma językowych przeszkód do używania tego zaimka, ale autor powinien być świadom, że może to odwrócić uwagę odbiorcy od tekstu. Dobrze by było jednak zostawić komentarz wyjaśniający powód zastosowania właśnie tego zaimka. Ostatecznie Språkrådet pozostawia decyzję każdemu obywatelowi co do tego, jak chce być nazywany.
 
OK, ale po co to wszystko? Po co zmieniać działający system? Jeżeli pojawiają się głosy sugerujące zmianę, a do tego wzbudzają spore dyskusje, to najlepszy znak, że jednak obecny system nie funkcjonuje dobrze. Szwecja jest postępowym krajem, dbającym o równouprawnienie, odpowiadającym na potrzeby swoich obywateli i innych ludzi na świecie. To główny powód, dla którego zaczęto używać zaimka „hen”. Zmiany w szwedzkim języku dają sygnał, że konieczna jest redefinicja tego co męskie i żeńskie. Skoro coraz więcej ludzi dopuszcza do siebie i do świadomości innych swoją odmienną orientację należy dać im narzędzia, by czuli się akceptowani, zrozumieni i szanowani. Tak naprawdę to ułatwienie dla każdego – z pewnością każdy z Was nieraz spotkał jakąś osobę, której płci nie był pewien. Albo ludzie po operacjach korekty płci – jak tu się do nich zwracać? Język polski co prawda ma formę bezosobową „ono”, ale umówmy się, nie brzmi ona najlepiej, a już na pewno ma lekceważący i ubliżający wydźwięk. Jak więc nazwać taką osobę nie urażając jej uczuć? „Hen” wydaje się być dobrym wyjściem. Poza tym, idąc za głosem Szwedzkiej Rady Języka, każdy powinien mieć prawo samostanowienia o sobie i decyzji, jak chce być nazywany.
 
„Du-reformen” też przyczyniło się do zniesienia różnic społecznych. Co prawda nie miało dużego wpływu na osoby niebinarne, ale wpłynęło i nadal wpływa na pokonywanie różnic społecznych. Osobiście będąc w Szwecji często czułam się zakłopotana zwracając się do osoby starszej, obcej czy do wykładowcy per „ty”, ale myślę, że wynikało to z przyzwyczajeń i rodzimego języka polskiego, który uwielbia formy grzecznościowe. Szwedzi na tyle przyzwyczaili się do mówienia sobie po imieniu bez względu na wiek, status społeczny czy stopień zażyłości, że nie stanowi to dla nich żadnego problemu. W ostatnim czasie słychać co jakiś czas głosy, że (zwłaszcza młodzież) chciałaby wyrażać większy szacunek osobom starszym poprzez język, lub że mówienie po imieniu do obcych nie zawsze jest komfortowe. Mimo że temat został podniesiony nawet w riksdagu, nie sądzę by dokonano jakichś zmian. Większość obywateli jest bardzo zadowolona z obecnego systemu językowego, nie odczuwa konieczności zmian i nie ma co ukrywać, kolejne modyfikacje ponownie stworzyłyby chaos.
 
Co oczywiste, nie wszyscy Szwedzi są jednoznacznie za wprowadzonymi zmianami. Pojawiają się różne argumenty za i przeciw. Wśród tych przeciwko „hen” i mówieniu sobie po imieniu wysuwają się dwa, które szczególnie zwracają moją uwagę. Zdarza się, że nowy zaimek bezosobowy bywa nadużywany. Założenie, by stosować go gdy płeć osoby o której mówimy nie jest znana lub istotna zostaje przyćmione i bywa, że za wszelką cenę stosuje się go do każdego, zwłaszcza do dzieci, by dać im prawo do samodzielnego określenia swojej płci, co budzi niepokój niektórych obywateli. Martwią się, że traktowanie dzieci jako tabula rasa, nie mająca określonej płci może je zdezorientować i paradoksalnie doprowadzić do problemów z tożsamością. To moim zdaniem jeden z największych dylematów dotyczących zasadności wprowadzenia zaimka „hen”. Choć z drugiej strony trzeba pamiętać, że każda skrajność nie jest dobrym rozwiązaniem, a trend ten widać zwłaszcza w skrajnych kręgach feministycznych.
 
Argumentem kwestionującym z kolei „du-reformen” jest to, że coraz częściej zdarza się, że ludzie nie chcąc zwracać się do osoby starszej lub obcej po imieniu, nadużywają formy bezosobowej „man” (polskie „się”, np. „Latem pływa się w morzu i opala”). Zdarza się więc, że autor wypowiedzi ukrywa pod taką konstrukcją swoje przekonania i uogólnia opinie, co burzy bezpośredniość i przejrzystość języka i mimo wszystko dystansuje rozmówców.
 
Obie reformy językowe zmniejszają dystans międzyludzki. Łatwiej jest nawiązać kontakt wyrażając szacunek do orientacji drugiej osoby czy też nie bawiąc się w zgadywanie, w jakim wieku jest rozmówca i czy wypada już zwrócić się do niego po imieniu czy nie? To mój odwieczny problem z językiem polskim, krępuje mnie „paniowanie” mi przez moich uczniów, nieważne czy są dziećmi czy dojrzałymi osobami po 40-stce, ale z drugiej strony sama nie wiem, jak zwracać się do koleżanek, które co tydzień spotykam na pilatesie, ale są dwa razy starsze ode mnie😉 Może nam też przydałoby się takie szwedzkie „hen”?
 
 

Leave a comment